Wycieczka krajoznawcza w Bieszczady połączona ze zwiedzaniem Lwowa – 4 – 9 września 2013 r.

Pierwsze dni września jeszcze ciepłe, słoneczne napawały optymizmem i wiarą, że pogoda będzie nam sprzyjała i nawet wczesny wyjazd o 4-tej rano nie był w stanie zakłócić naszych dobrych nastrojów. Organizatorem imprezy było Biuro Turystyczne Oskar – Dominowo, z którym nie jeden już raz zwiedzaliśmy zakątki naszego kraju.

W pierwszym dniu wycieczki, środę – 4 września zwiedziliśmy jedno z najstarszych miast w Polsce, dawne miasto królewskie, Sandomierz. Na Rynek doszliśmy przez 33 – metrową Bramę Opatowską z XIV w. Z tego samego okresu pochodzi okazały Ratusz z ośmioboczną wieżą i zegarem słonecznym, jeden z najpiękniejszych renesansowych ratuszy w Polsce. Obecnie mieści się w nim muzeum historyczne. Podziwiając zabytki miasta w czasie spaceru po Starówce, m.in. średniowieczne kamienice, Pałac Biskupi, Dom Długosza, Zamek Królewski z XIV w. i Katedrę z bogatym, barokowym wystrojem wnętrza, czuliśmy się jak w staropolskim grodzie. Zwiedzanie miasta zakończyliśmy przejściem Podziemnej Trasy Turystycznej. Ta ciekawa trasa, to 470 -metrowy szlak na głębokości do 12 m, który powstał z połączenia odrestaurowanych 34 piwnic i składów kupieckich na różnych poziomach. Z Sandomierza przez Rzeszów, Sanok, Lesko dojechaliśmy do miejscowości Myczkowce, niewielkiej górskiej wsi turystyczno – wypoczynkowej, gdzie zostaliśmy zakwaterowani w pensjonacie „Pod Bukowiną”.

Dzień drugi, czwartek – 5 wrześniaPo śniadaniu pan Rafał, nasz przewodnik  i pilot wycieczki poprowadził nas do niedaleko położonego w Myczkowcach Ośrodka Rehabilitacyjno – Wypoczynkowego „Caritas”. Na terenie ośrodka, w Centrum Kultury Ekumenicznej, zwiedziliśmy Ogród Biblijny, który przedstawia wydarzenia biblijne chronologicznie według poszczególnych Ksiąg Starego i Nowego Testamentu w oprawie miniaturowych krajobrazów Ziemi Świętej i roślinności śródziemnomorskiej oraz Park miniatur sakralnej architektury drewnianej z obszaru pogranicza polsko – słowacko -ukraińskiego (140 makiet cerkwi i kościołów). Z Myczkowiec, pojechaliśmy do Soliny, by zobaczyć największą zaporę wodną w Polsce. Po projekcji filmowej, która zapoznała nas z historią budowy zapory, rozpoczętą w 1961 i trwającą 7 lat zwiedziliśmy obiekt elektrowni wodnej wewnątrz, by później pokonać stromą dróżkę prowadzącą na najpopularniejszy deptak w Solinie, jakim jest zapora. Z niej mogliśmy podziwiać krajobraz zalewu i doliny Sanu. Oczekiwanie na rejs statkiem po Jeziorze Solińskim skróciliśmy sobie krótką wizytą w Hoczwi, u bieszczadzkiego artysty – rzeźbiarza, poety i malarza Zdzisława Pękalskiego. W pracowni będącej równocześnie galerią wysłuchaliśmy gawęd i opowieści związanych z folklorem i historią regionu. Artysta opowiadał też o sobie, rzeźbach, obrazach i ikonach. Jego piękne i niepowtarzalne ikony powstają w świńskich korytach, nieckach, drzwiach stajennych, na deszczułkach, denkach od beczek, łopatach chlebowych, ramach okiennych. Zaś stare drzewa, korzenie czy osmolone drewno z zniszczonych w pożarach cerkwi służą do wyrzeźbienia bieszczadzkich diabłów (biesów i czadów),wampirów, upiorów, czarownic, ale i kolekcji aniołów o swoistych imionach: ostroskrzydły, poczciwy, sękaty, zalotny. A wśród czytanych przez artystę wierszy były i o aniołach, i o diabłach… Zachwyt nad naturą przebijający w wierszach Pękalskiego towarzyszył nam w czasie rejsu po Jeziorze Solińskim otoczonym wzgórzami z lasami schodzącymi do samego jeziora, z licznymi zatokami, przystaniami, ośrodkami wypoczynkowymi. Ten relaksowy rejs w popołudniowym słońcu oświetlającym „zielone wzgórza nad Soliną„, przy płynącej z głośnika statku piosenki Gąsowskiego pod tym tytułem, był wspaniałym zakończeniem pierwszego dnia poznawania regionu Bieszczadów. A wieczorem po kolacji biesiada przy ognisku zgromadziła wszystkich uczestników wycieczki. Było pieczenie kiełbasek, były wspólne śpiewy, były dowcipy, a na koniec odwiedziny „prawdziwego” Biesa w czerwonym stroju, z kruczoczarnymi długimi włosami i pulsujacymi czerwonym światłem rogami. Był miły i przyjazny jak figlarne bieszczadzkie biesy, ale kto nim był, nie zdradzę…

Dzień trzeci, piątek – 6 września.

Zgodnie z programem pojechaliśmy poznawać południowe rejony Bieszczadów trasą przez Baligród, dużą wieś, kiedyś z prawami miejskimi. W centrum, na rynku stoją dwa pomniki, czołg T-34 i pomnik mieszkańców Baligrodu, zamordowanych przez UPA w 1944r. Po drodze dosiada się do nas pan Rysiu – kominiarz z akordeonem, który jest trochę przewodnikiem po najbliższej okolicy, głównie jednak muzykantem na wesoło.

Zatrzymujemy się we wsi Jabłonki, na parkingu, przy pomniku gen. Karola Świerczewskiego, który zginął w marcu 1947r. w zasadzce zorganizowanej przez partyzanckie oddziały UPA. Śmierć generała, który był wtedy wiceministrem obrony narodowej spowodowała akcję „Wisła” – wysiedlenie z tych terenów ludności rusińskiej. Z Jabłonek udaliśmy się w okolice Cisnej, by na głównej stacji Cisna – Majdan wsiąść do wagoników Bieszczadzkiej Kolejki Wąskotorowej i ruszyć w sentymentalną podróż. Pięknem bieszczadzkiej przyrody napawać mogliśmy się na całej trasie liczącej do stacji Balnica 9 km. A kolejka jedzie wolno, z szybkością 15 km/godzinę, doliną otoczoną wzgórzami porośniętymi głównie lasami bukowymi, a jedynym znakiem bliskości cywilizacji są tory, po których lokomotywa spalinowa ciągnie kilka wagoników z turystami. Humor nam dopisywał, nasz wagon był cały czas rozśpiewany, pan Rysiu grał i śpiewał z nami biesiadne piosenki, także o Bieszczadach i o Ukrainie, a w krótkich przerwach opowiadał ciekawostki ze swoich przeżyć w Bieszczadach i zapewniał, że bardzo kocha swoją żonę Dilajlę. Jeszcze po zakończeniu jazdy nasza grupa rozśpiewana i roztańczona wesołym akcentem żegnała leśną kolejkę. Autokarem podjechaliśmy do wsi Cisnej, w której nie zachowały się żadne zabytki, jest natomiast oryginalny bar z niepowtarzalnym klimatem – „Siekierezada„. Cztery sale obwieszone malarstwem i rzeźbą bieszczadzkich twórców oraz licznymi siekierami, łańcuchami, porożami.  Bar przyciąga nie tylko niecodziennym wystrojem, ale dobrym piwem, winem, smacznym jedzeniem oraz imprezami muzycznymi lub poetyckimi. To specyficzne miejsce, gdzie spotykają się „Zakapiory” – bieszczadnicy, poszukiwacze bieszczadzkich klimatów i zwykli turyści. Z Cisnej pojechaliśmy  w kierunku południowo-wschodnim, przez  wsie Kalnicę, Smerek, Wetlinę, drogą prowadzącą przez Ciśniańsko-Wetliński Park Krajobrazowy z pięknymi lasami liściastymi (grąd, buczyna, jaworzyna, olcha czarna, lipowo-grabowy) a także bukowo-jodłowymi czy cisowymi. Piękne lasy w Bieszczadach uzmysławiają, jakie bogactwo naturalne posiadamy, jak urzekająca jest natura dzikich, często niedostępnych i niezagospodarowanych terenów. Zatrzymaliśmy się na Przełęczy Wyżnej, przez którą przebiega droga z Wetliny do Ustrzyk Górnych i znajduje się parking oraz kilka straganów z pamiątkami i gastronomią. Z przełęczy podziwialiśmy masyw Połoniny Wetlińskiej, z widocznym na szczycie schroniskiem „Chatką Puchatką” i Połoninę Caryńską z dwoma wierzchołkami. W ciągu godziny czerwonym szlakiem dałoby radę wejść na szczyt Połoniny Wetlińskiej i schroniska, tylko czasu braknie. Po krótkim odpoczynku z przełęczy jedziemy do ostatniego miejsca zwiedzania w dniu dzisiejszym do Komańczy. Na uboczu wsi znajduje się Klasztor Nazaretanek, budynek pierwotnie wybudowany jako pensjonat uzdrowiskowy. Siostry zakonne zajmują go od 1931r. Wysłuchaliśmy opowiedzianej przez jedną z sióstr historii wsi, klasztoru i okresu pobytu Prymasa Polski Kardynała Stefana Wyszyńskiego, który był w klasztorze internowany przez władze komunistyczne w latach 1955 -1956. Zwiedziliśmy część klasztoru, kaplicę i pokój, w którym urządzono Izbę Pamięci Kardynała z wieloma pamiątkami związanymi z jego obecnością. Jest też dróżka prymasa – ścieżka, którą chodził na spacery. Jego pomnik stoi przed głównym wejściem do klasztoru. Wracając z Komańczy do Myczkowiec, chwilę zatrzymaliśmy się na trasie przy cerkwi grecko-katolickiej pw. św.Michała Archanioła w Szczawne – Kulaszne, Nie mieliśmy szczęścia, cerkiew była już zamknięta, mogliśmy jedynie wejść na teren starego cmentarza, a świątynię obejrzeć zewnątrz. Po obiadokolacji wczesna nocna cisza przed wycieczką do Lwowa następnego dnia.

Dzień czwarty – sobota, 7września.

Do Lwowa wyjechaliśmy o 5-tej rano, z suchym prowiantem na cały dzień. By uniknąć długiego oczekiwania na kontrolę paszportową, na przejściu granicznym z Ukrainą, korzystaliśmy z autokaru Biura Podróży w Lesku, którego kierowca i pilot zna zwyczaje celników. We Lwowie spotkaliśmy się z przewodniczką Maszą, która oprowadzała nas po cudownym mieście o bogatej historii, pełne zabytków i ciekawych miejsc. Zwiedziliśmy Cmentarz Łyczakowski, najlepiej zachowaną polską nekropolię na Ukranie – muzeum kamiennej rzeźby, miejsce historii i kultury pod gołym niebem, gdzie pochowane są szczątki wybitnych osób kultury polskiej i ukraińskiej. Tu są groby m.in. Marii Konopnickiej, Gabrieli Zapolskiej, Władysława Bełzy, Juliana Ordona, Artura Grottgera, Karola Szajnochy i wielu innych sławnych Polaków. Częścią cmentarza Łyczakowskiego jest „zespół cmentarzy wojskowych ” z polskim cmentarzem, zwanym Cmentarzem Orląt Lwowskich, zbudowanym na cześć poległych w latach 1918-1920 w czasie obrony Lwowa.. Z autokaru oglądaliśmy kolejowy Dworzec Główny, kościół św. Elżbiety, katedrę św. Jury, Politechnikę Lwowską, Ossolineum, Uniwersytet Lwowski i inne budynki – pomniki architektury i sztuki z okresu renesansu, baroku secesji i modernizmu, liczne budowle sakralne, publiczne, dawne pałace i wille. Spacerowaliśmy po pięknym XIV-wiecznym Rynku z rozstawionymi w narożnikach czterema fontannami ozdobionymi antycznymi posągami, ogromnym Ratuszem z czasów austriackich i wieżą widokową oraz z 44 kamienicami, z których każda budzi zachwyt i przykuwa uwagę. Przykuwają wzrok XVI -wieczna „Czarna Kamienica”  z ciemnego piaskowca, z kontrastującą bielą dekoracją  rzeźbiarską, stojące obok rokokowe kamienice Wilczkowska i Bandinellich i najwspanialsza  Królewska, zwana pałacem Korniakta, a także Małym Wawelem. Zwiedziliśmy wnętrze ogromnej Katedry Łacińskiej, ufundowanej przez Kazimierza Wielkiego, budowaną przez 133 lata. W tej katedrze przed obrazem Matki Bożej Łaskawej król Jan Kazimierz złożył w 1656r. słynne śluby narodowe, obierając Maryję za Królową Korony Polskiej. Z katedrą sąsiaduje przepiękna kaplica Boimów  z XVII w, która zachwyca wymyślną fasadą, pokrytą w całości dekoracją rzeźbiarską, zaś wewnątrz kopułą z popiersiami postaci starotestamentowych. W XIV- wiecznej katedrze Ormiańskiej podziwialiśmy kopułę wypełnioną mozaiką „Trójca Święta” i ściany pokryte wspaniałymi, modernistycznymi malowidłami, a na framugach okiennych najstarsze we Lwowie unikatowe bizantyjskie freski. Cerkiew Wołoską  (Uspieńską) z 66-metrową wieżą Korniakta obejrzeliśmy z zewnątrz, natomiast mieliśmy szczęście wejść do środka gmachu Opery z 1900r, obecnie zwanej Państwowym Teatrem Akademickim Opery i Baletu im. Iwana Franki, uznawaną za jedną z najpiękniejszych w Europie. Budynek opery wybudowano przy północnym krańcu okazałego bulwaru Wały Hetmańskie, obecnie al. Wolności (prospekt Swobody). Opera ma widownię na 1100 miejsc i trzy piętra lóż. Wnętrze urządzono z wykorzystaniem 20 gatunków marmuru, obfitych złoceń, wielu rzeźb i obrazów nawiązujących do sztuki teatralnej. Byliśmy w loży na piętrze, oglądaliśmy widownię i kopułę nad nią z pięknym plafonem, przechadzaliśmy się po foyer z posągami muz, alegorystycznymi freskami i wielkimi lustrami odbijającymi światło stylowych żyrandoli. Zewnątrz budynek zdobią umieszczone na attyce 3 postaci: Geniusz Sławy, Geniusz Dramatu i Geniusz Muzyki. Poniżej znajdują się posągi 8 muz, a w niszach bocznych dwie figury, Tragedii i Komedii. Byliśmy przy pomniku Adama Mickiewicza, wielkiego wieszcza polskiego i Tarasa Szewczenki, wieszcza ukraińskiego, które stoją na przeciwległym Operze, południowym krańcu bulwaru. Czas wolny, do chwili zbiórki przy fontannie przed Operą i wyjazdem do kraju, wykorzystaliśmy na odpoczynek przy kawie w kawiarenkach, których wiele znajduje się na Starym Mieście i indywidualne spacery po Starówce. W Medyce musieliśmy swoje odczekać na kontrolę paszportową, do pensjonatu zajechaliśmy o 22-giej, ale gospodyni czekała z ciepłą obiadokolacją, zapewniając, że spóźnienie z wycieczki do Lwowa, to dla niej nic nowego, normalka.

Dzień piąty – niedziela, 8 września.

Po Mszy św. w kaplicy ośrodka Caritas w Myczkowcach pojechaliśmy do powiatowego  miasta Sanoka, które pięknie położone w dolinie Sanu, było kiedyś Królewskim Wolnym Miastem. W 40 tysięcznym mieście istnieje dużo zabytków oraz dzieł sztuki, odbywaja się ważne imprezy kulturalne, sportowe i rozrywkowe o charakterze europejskim i krajowym. Zwiedzanie zaczęliśmy od Parku Etnograficznego, który założony w 1956 r. jest największym skansenem w Polsce i należy do najpiękniejszych w Europie. W budynkach mieszkalnych, gospodarczych, przemysłowych, użyteczności publicznej i sakralnych oglądaliśmy ekspozycje prezentujące kulturę polsko-ukraińskiego pogranicza, pogrupowane w oddzielnych sektorach poszczególnych grup etnograficznych: Bojków, Łemków, Pogórzan i Dolinian. Atrakcją skansenu jest sektor miejski prezentujący zrekonstruowany rynek galicyjskiego miasteczka. W centrum miasta, gdzie zatrzymaliśmy się na parkingu, na wysokiej skarpie wznosi się renesansowy zamek z XVI w., w którym siedzibę ma Muzeum Historyczne Ziemi Sanockiej, z piękną kolekcją ikon i wystawą współczesnego, nieżyjącego już malarza Zdzisława Baksińskiego, który urodził się w Sanoku i który kolekcję swoich dzieł podarował miastu. Osoby zainteresowane mogły zwiedzić zamek i obejrzeć wystawy, nieco później, w czasie wolnym. Pięknie prezentuje się  odnowiona XIX- wieczna zabudowa Rynku, z kościołem i klasztorem o.o. Franciszkanów  i eklektycznym Ratuszem. Słoneczna, ciepła pogoda sprzyjała wolnemu spacerowi po rynku i po najpopularniejszym sanockim deptaku, jakim jest ulica 3 Maja z odpoczywającym na ławeczce Dobrym Wojakiem Szwejkiem – postacią odtworzoną z brązu. Z tarasu widokowego utworzonego na pozostałościach średniowiecznej wieży oglądaliśmy piękny krajobraz doliny Sanu z zalesionymi zboczami Gór Słonych w tle. Z Sanoka pojechaliśmy do niewielkiego Leska, znanym głównie z zamku Kmitów, synagogi i cmentarza żydowskiego – jednych z niewielu zabytków po ludności żydowskiej, licznie zamieszkiwanej te tereny.  W zbudowanym w XVI wieku zamku Kmitów, wielokrotnie przebudowywanym, obecnie mieści się ośrodek wypoczynkowy i hotel. Oglądaliśmy go tylko z zewnątrz, widoczny jest doskonale z drogi, gdyż stoi nad stromym brzegiem Sanu. Zatrzymaliśmy się w oddalonej od centrum  synagodze z XVI w. Pani przewodnik opowiedziała nam historię leskiej synagogi i oprowadziła po Galerii Sztuki Bieszczadzkiej, na którą przeznaczono budynek bożnicy po renowacji przeprowadzonej w latach 70 i 80-tych XX w.  Nieopodal synagogi, na wzgórzu znajduje się jeden z największych na Podkarpaciu kirkutów, czyli  cmentarzy żydowskich. Znajduje się na nim ponad 2 tyś płyt nagrobnych (macew), najstarsze są z XVI w. Po powrocie do pensjonatu i po kolacji bawiliśmy się w przestronnej sali jadalnej na wieczorku pożegnalnym, który zorganizował nam sympatyczny pan Rafał, nasz pilot i przewodnik, zapewniając muzykę na żywo, jadło, napoje, a o dobry nastrój i humor sami zadbaliśmy. I śpiewaliśmy – „Hej Bieszczady, hej Bieszczady, na Bieszczady nie ma rady”…

Dzień szósty – poniedziałek, 9 września

Po śniadaniu i zapakowaniu bagaży do autokaru pożegnaliśmy serdecznie przemiłych  gospodarzy pensjonatu i opuściliśmy wyjątkowy pod każdym względem region naszego kraju, piękne góry Bieszczady. Oj, żal wyjeżdżać było okrutnie: piękna pogoda przez wszystkie dni, cudne widoki, niepowtarzalne krajobrazy, wspaniałe zabytki, bogactwo kultur i tradycji, ciekawa historia  lecz często krwawa, ludzie twardzi, z charakterem ale życzliwi i z pasją tworzenia; tworzący nie tylko muzykę, poezję, rzeźby obrazy ale również historię współczesną i klimat tych gór. No żal i tęskno będzie… Mijaliśmy po drodze poznane Lesko i Sanok, potem minęliśmy Rzeszów, Janów Lubelski by zatrzymać się w mieście zwanym Perłą Renesansu albo Padwą Północy, w Zamościu.

Zamość, miasto – twierdzę, założył Wielki Kanclerz Koronny, Hetman Jan Zamojski w 1580r. przy współudziale włoskiego architekta Bernanda Morando. Stare Miasto to zespół ponad 200 zabytków i zostało wpisane w 1992 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Przewodniczka oprowadzająca nas po Zamościu załamywała ręce, że tylko dwie godziny mamy na zwiedzenie miasta. Powiedzmy, że może zabrakło małej godzinki, bo pokazała nam wszystko, co trzeba zobaczyć, by poznać miasto niepowtarzalne, łączące piękno z funkcjonalnością, czasu brakło głównie na spokojne delektowanie się urokiem miasta. Najpierw udaliśmy się przez Starą Bramę Lwowską do Bastionu VII, najpotężniejszego spośród siedmiu zamojskich bastionów twierdzy, której mury otaczały miasto i która nie została zdobyta ani w czasie powstania Chmielnickiego, ani przez Szwedów podczas potopu w 1656 r., ani nigdy potem obce wojska nie zdobyły jej szturmem. Obejrzeliśmy w kazamacie bastionu ekspozycje muzealne i galerię strzelniczą, a w Nadszańcu repliki dawnych dział i manekiny żołnierzy w mundurach z różnych epok. Przewodniczka poprowadziła nas ulicą Grodzką, gdzie stoi dom, w którym urodził się, spędził dzieciństwo i wczesną młodość Marek Grechuta, potem przeszliśmy obok synagogi z 1610r (dziś w budynku działa Multimedialne Muzeum Historii Żydów Zamościa i Okolic). Na najmniejszy z rynków Starego Miasta, Rynek Solny dostaliśmy się przechodząc przez pomieszczenia hotelu „Senator”, stanowiącego własność Witolda Paszta (piosenkarz zespołu Vox). Do rynku przylega Akademia Zamojska z 1594, do której przybywali studenci z całej Europy. Teraz w gmachu mieści się I LO i Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa. Z Rynku Solnego przeszliśmy krótką uliczką Solną na Rynek Wielki (100x100m), serce życia kulturalnego miasta, w sezonie letnim największa scena  ważnych wydarzeń muzycznych, barwnych widowisk, festiwali i jarmarków. Po każdej stronie rynku znajdują się zabytkowe kamienice z podcieniami,  po osiem w trzech pierzejach, jedynie w północnej stoi ich pięć i ratusz. Te pięć najpiękniejszych budowli na rynku, to Kamienice Ormiańskie z I poł. XVII wieku, z kolorowymi frontami, attykami i płaskorzeźbami. Wszystkie kamienice przy rynku posiadają nazwy związane z ich właścicielami lub obiektami jakie mieściły, np. Rudomicza, Apteczna, Pod Aniołem, Pod św. Kazimierzem itp. XVII- wieczny Ratusz manierystyczno – barokowy z wachlarzowymi schodami otulającymi część centralnego placu posiada 52- metrową wieżę zegarową, z której w południe grany jest hejnał w trzy strony świata. Wychodząc z Rynku Wielkiego na ul. Akademicką mijaliśmy pomnik Jana Zamoyskiego na koniu, z buławą w ręce, stojący przed Pałacem Zamojskich.  Pałac z 1586 r, dawna rezydencja rodziny Zamojskich, utracił swój zabytkowy wystrój wskutek licznych przebudowań w kolejnych stuleciach. Od 1918 mieszczą się w nim sądy, a od strony podwórza lokale mieszkalne. Bramą Strzebrzeską przeszliśmy do renesansowej Kolegiaty Zmartwychwstania Pańskiego i św. Tomasza  z końca XVI wieku, zaprojektowaną przez  B. Morando (od 1992 ma rangę katedry). Trochę przysadzista po przeprowadzonym zrekonstruowaniu zniszczonego przez władze carskie frontonu, największe bogactwo kryje we wnętrzach.   W nich, jak podkreślała przewodniczka najbardziej uwidacznia się talent architekta. Niemal gotyckie smukłości nawy głównej podkreślone wysokimi filarami, wąskie arkady, geometryczne sztukaterie na sklepieniach, rzeźbiarskie gzymsy i kaplice w bocznych nawach stały się wzorem dla wielu kościołów wznoszonych w XVII wieku. Po obejrzeniu prezbiterium z rokokowym srebrnym tabernakulum, czterema obrazami ukazującymi  św. Tomasza i głównym Zmartwychwstania Pańskiego. Zachwyt budziły wszystkie boczne kaplice, po cztery w każdej nawie: Różańcowa, Infułacka, Relikwii, św.Trójcy, Akademicka, Zwiastowania NMP, Chrystusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Łaskawej. ale najpiękniejsza to kaplica Zamojskich (Ordynacka)- przy prezbiterium.  W posadzce znajduje się płyta nagrobna z czarnego marmuru Jana Zamojskiego, a na sklepieniu wspaniałe rokokowe sztukaterie, wiszą tu obrazy Przemienienia Pańskiego i portrety założyciela miasta i jego syna Tomasza, jest też naturalistyczna rzeźba przedśmiertnej wizji ordynata Tomasza Zamojskiego. W kryptach katedry znajdują się trumny z prochami Zamojskich, profesorów Akademii, członków kolegiackiej Kapituły. Przy katedrze wznosi się późnobarokowa dzwonnica kolegiacka z trzema dzwonami oraz dom dziekanów zamojskich z XVI w. nazywany Infułatką, w której obecnie mieści się Muzeum Sakralne Katedry Zamojskiej. Na parking wracaliśmy przez Rynek Wodny z kamienicami z XIX/XX w. i podświetlaną fontanną, obok secesyjnego Domu Centralnego z 1911r. Trzypiętrowy z balkonami, czteroskrzydłowy, ze ściętymi narożnikami, swą nazwę zawdzięcza temu, że był pierwszym budynkiem w mieście z centralnym ogrzewaniem. Do II wojny światowej był ekskluzywnym hotelem (13 lat mieszkał w nim Bolesław Leśmian), obecnie są tam sklepy i mieszkania. O mijanym, największym na Starym Mieście XVII – wiecznym kościele i klasztorze Franciszkanów przewodniczka pokrótce opowiedziała jego historię,  Po kasacie klasztoru w 1784 r. świątynia pełniła funkcję magazynu wojskowego, potem koszar kozackich i szpitala wojskowego, po 1918 było tu muzeum i kinoteatr, a po wojnie Liceum Plastyczne. Po usilnych staraniach kościoła, po 200 latach wrócili Franciszkanie. Podobna historia spotkała inny obiekt przy Rynku Wodnym, zespół kościoła i klasztoru Klarysek z XVII w., tyle że mniszki nie powróciły do klasztoru, a zdewastowane budynki po odrestaurowaniu w 2010 r. służą Szkole Muzycznej. Na miejsce zbiórki dotarliśmy z pl. Wolności przechodząc Nową Bramą Lwowską . W pobliżu parkingu, w budynku Ośrodka  Informacji Turystycznej otrzymaliśmy foldery reklamujące miasto, bezpłatne informatory turystyczne i kupiliśmy pocztówki, które poza zrobionymi zdjęciami są najlepszymi pamiątkami z naszych podróży.

I tyle, a może aż tyle relacji z wędrówki po Zamościu, mieście, które od wieków nie zmieniło swojego charakteru i jest wyjątkowo przyjazne turystom.

Przystanek na obiad mieliśmy w okolicach Puław, a potem już wracaliśmy znużeni, wyciszeni i stęsknieni za domem po 6 dniach intensywnego zwiedzania, wypełnionych  różnorodnymi wrażeniami i przeżyciami. Wracaliśmy bogatsi o wiedzę o miejscach odległych od naszego regionu, ciekawych, pięknych, niepowtarzalnych i dla wielu z nas zupełnie dotąd nieznanych. Jakże prawdziwe są powiedzenia: „podróże kształcą”  albo „podróżować to żyć” …

Relacja: Maria Nowaczyk

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: